W marcu ubiegłego roku nasza rodzina wzbogaciła się o kolejnego, czwartego członka. Nie bez powodu użyłam słowa 'wzbogaciła się', bo przybyło nam miłości, radości, wrażeń. Dzieci to niewątpliwie największe bogactwo. Niezaprzeczalnie. Jednocześnie jednak trzeba przyznać, że oszczędności zaczęły topnieć z podwójną szybkością. I o ile wewnętrznie możemy mówić o wielkim wzbogaceniu się, to stan naszego konta jednak obrał i niezmiennie utrzymuje tendencję spadkową.
"Boże, czy my już nigdy nie pojedziemy na urlop?" - rozbrzmiewały smętne myśli w mojej głowie. Kajtek podrósł i zaczęliśmy nieśmiało przeglądać oferty wakacyjne. Miny niestety zrzedły, kiedy zobaczyliśmy koszty tygodniowego wyjazdu dla 4-osobowej rodziny. Były zatrważające, mimo że przecież za Kajetana płacimy raptem 200 zł, a za Lusię połowę lub 70% kwoty (zależy od hotelu). I kiedy już pogodziliśmy się z myślą, że stać nas jedynie na wakacje w Ustce ( i to dzięki temu, że pewna dobra dusza udostępnia nam swoje mieszkanie za butelkę wina), usłyszeliśmy o portalu airbnb. Jak to się stało, że tak późno natrafiliśmy na tę wyszukiwarkę?!
Porzuciliśmy więc oferty biur podróży, a zaczęliśmy organizować wyjazd na własną rękę. Połączyliśmy urlop z odwiedzinami rodziny w Niemczech i zakupiliśmy bilety lotnicze Ryanair z Dusseldorf-Weeze - małego lotniska tuż przy granicy Niemiec z Holandią.
Bilety lotnicze dla naszej czwórki + jeden bagaż rejestrowany wyniosły nas ok. 1300 zł.
Kolejna sprawa - nocleg. I tu z pomocą przybył portal airbnb, na którym znaleźliśmy mega ofertę, w którą sami nie mogliśmy uwierzyć. Zaryzykowaliśmy jednak, choć ja do samego końca nie dowierzałam, że za 1600 zł spędzimy tydzień w tym oto hotelu:
http://www.sandsbeach.eu/
Okazało się, że hotel dysponuje apartamentami prywatnymi, których właściciele wynajmują je na własną rękę. Goście 'prywatni' mają dostęp do wszelkich atrakcji hotelu, takich jak baseny, siłownia, laguna, mini club. Można korzystać z restauracji i barów (tu oczywiście odpłatnie) lub gotować na własną rękę, gdyż apartamenty dysponują aneksem kuchennym oraz wszelkim potrzebnym wyposażeniem.
Nasz apartament był jednopoziomowy, składał się z sypialni, kuchni, salonu, łazienki oraz tarasu. Na przeciwko, ku uciesze naszych dzieci, mieliśmy plac zabaw oraz basen, a z tarasu widok na ocean.
Do laguny trzeba było jedynie zejść po schodach, do plaży dzielił nas kawałek. Wszystko w zasięgu ręki. Bajka. No nie można tego ująć inaczej.
Gdyby nie fakt, że po naszym przyjeździe okazało się, że nikt na nas nie czeka, firma sprzątająca nie wypełniła obowiązków, a recepcja nie została poinformowana o naszym przyjeździe i nie posiadano dla nas klucza, byłoby jak we śnie... na szczęście problem szybko został rozwiązany. Nerwy minęły - z resztą w takim otoczeniu i dzięki wspaniałej pogodzie trudno chować w sercu urazę :) Po szybkiej wymianie zdań wysłano nas na plażę i przygotowano apartament. Poza tym jednym szczegółem nic i nikt nie zakłócił naszego szczęścia przez kolejnych 6 pełnych dni.
Pogoda dopisała, hotel dostarczał wielu atrakcji, plaża zachęcała, aby hasać na niej godzinami, jednak my nie usiedzimy długo w jednym miejscu. Aby być niezależnymi, tuż po przylocie na wsypę odebraliśmy wcześniej zarezerwowane auto z wypożyczalni, które towarzyszyło nam przez cały pobyt na Lanzarote. Koszty takiego wynajmu nie są wysokie, a możliwości stają się nieograniczone.
Pewnego popołudnia wybraliśmy się do stolicy na spacer po wybrzeżu. C prawda, oprócz pysznych lodów i ciekawej twierdzy Castillo de San Gabriel, nie znaleźliśmy tam nic ciekawego, ale wiadomo, że stolica to punkt obowiązkowy!
W Arrecife znajduje sie jeden jedyny wieżowiec na wyspie - Gran Hotel.
W okolicach laguny Charco de san Gines znajduje się najstarsza część miasta, która zachowała tradycyjny charakter.
Lanzarote zachwyciło nas swoim wulkanicznym obliczem. Tydzień to oczywiście za krótko, tym bardziej, gdy wraca się do listopadowej jesiennej pluchy, jaką mieliśmy wtedy w Polsce. Jednak nie chciałabym zostać tam na stałe. Brakowałoby mi zapachu skoszonego siana, igliwia sosnowego lasu, czy mchu po ciepłym letnim deszczu. Chętnie wróciłabym na Lanzarote na trekking wśród pól zastygłej lawy, ale nie jest to miejsce, którego szukam na jesień życia. Na szczęście mam jeszcze dużo czasu, aby szukać dalej! A koszty jakie ponieśliśmy okazały się na tyle znośne, że możemy sobie na to pozwolić! :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lanzarote. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lanzarote. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 2 maja 2017
niedziela, 30 kwietnia 2017
Lanzarote - na północ: Tahiche - dom Cesar Manrique, Mirador del Rio,
Dziś trochę o tym, co oferuje północ wyspy.
Z Costa Teguise podążyliśmy najpierw do Tahiche - tu mieszkał Cesar Manrique. Jego nazwisko powinni znać wszyscy odwiedzający Lanzarote. Malarz, rzeźbiarz, architekt i ekolog, którego twórczość obecna jest w każdym zakątku wyspy.
Manrique urodził się w 1919 r. w Arrecife. Wyspa poniekąd zawdzięcza mu swój dzisiejszy wygląd. Sprzeciwiał się budowie wysokich hoteli, ustawianiu kolorowych billboardów, był przeciw pstrokaciźnie, której rzeczywiście na Lanzarote nie ma. Miasteczka są jednolite, o niskiej zabudowie, budynki w stonowanych barwach, przeważnie białe. Symbol parku Timanfaya - diabeł, to także jego dzieło, jak i wiele charakterystycznych rzeźb, które można zaobserwować na przykład na rondach.
W domu słynnego artysty powstało muzeum. Manrique wkomponował swój dom w wulkaniczne jaskinie i pola zastygłej lawy. Rozwiązania, które zastosował, zaskakują prostotą i pomysłowością jednocześnie.
Następnie, podziwiając wulkaniczny, surowy, pustynny krajobraz, przemieściliśmy się na północy kraniec wyspy do Mirador del Rio. Po drodze mijaliśmy słynne uprawy winorośli, umiejscowione na wulkanicznej skale, otoczone murkami ze skały jako bariera przed wiatrem, który na Lanzarote wieje nieprzerwanie.
Mirador del Rio to dawne stanowisko artyleryjskie, które w 1973 r. za sprawą Manrique zostało przekształcone na zawieszony między niebem a ziemią punkt widokowy. Wrażenia potęguje niepozorny wygląd tego miejsca.
Dojeżdżamy na parking, gdzie naszym oczom ukazuje się wzniesienie z umocnionym kamieniem zboczem, gdzie znajduje się wejście. Po zakupie biletu przechodzimy wąskim korytarzem kilkadziesiąt metrów, aby niespodziewanie ujrzeć jeden z najpiękniejszych widoków, jakie mieliśmy okazję kiedykolwiek zobaczyć. Nie lada niespodzianka, trzeba przyznać.
Z panoramicznego okna rozciąga się widok na lazurowe wody Oceanu Atlantyckiego, na którym rozsiane są wysepki archipelagu Chinjo. Wewnątrz można ogrzać się przy kawie.
Ci, którym niestraszny wiatr i wysokość, mogą wyjść na taras widokowy, skąd widoki są jeszcze lepsze.
Z Costa Teguise podążyliśmy najpierw do Tahiche - tu mieszkał Cesar Manrique. Jego nazwisko powinni znać wszyscy odwiedzający Lanzarote. Malarz, rzeźbiarz, architekt i ekolog, którego twórczość obecna jest w każdym zakątku wyspy.
Manrique urodził się w 1919 r. w Arrecife. Wyspa poniekąd zawdzięcza mu swój dzisiejszy wygląd. Sprzeciwiał się budowie wysokich hoteli, ustawianiu kolorowych billboardów, był przeciw pstrokaciźnie, której rzeczywiście na Lanzarote nie ma. Miasteczka są jednolite, o niskiej zabudowie, budynki w stonowanych barwach, przeważnie białe. Symbol parku Timanfaya - diabeł, to także jego dzieło, jak i wiele charakterystycznych rzeźb, które można zaobserwować na przykład na rondach.
W domu słynnego artysty powstało muzeum. Manrique wkomponował swój dom w wulkaniczne jaskinie i pola zastygłej lawy. Rozwiązania, które zastosował, zaskakują prostotą i pomysłowością jednocześnie.
Następnie, podziwiając wulkaniczny, surowy, pustynny krajobraz, przemieściliśmy się na północy kraniec wyspy do Mirador del Rio. Po drodze mijaliśmy słynne uprawy winorośli, umiejscowione na wulkanicznej skale, otoczone murkami ze skały jako bariera przed wiatrem, który na Lanzarote wieje nieprzerwanie.
Mirador del Rio to dawne stanowisko artyleryjskie, które w 1973 r. za sprawą Manrique zostało przekształcone na zawieszony między niebem a ziemią punkt widokowy. Wrażenia potęguje niepozorny wygląd tego miejsca.
Dojeżdżamy na parking, gdzie naszym oczom ukazuje się wzniesienie z umocnionym kamieniem zboczem, gdzie znajduje się wejście. Po zakupie biletu przechodzimy wąskim korytarzem kilkadziesiąt metrów, aby niespodziewanie ujrzeć jeden z najpiękniejszych widoków, jakie mieliśmy okazję kiedykolwiek zobaczyć. Nie lada niespodzianka, trzeba przyznać.
Z panoramicznego okna rozciąga się widok na lazurowe wody Oceanu Atlantyckiego, na którym rozsiane są wysepki archipelagu Chinjo. Wewnątrz można ogrzać się przy kawie.
Ci, którym niestraszny wiatr i wysokość, mogą wyjść na taras widokowy, skąd widoki są jeszcze lepsze.
Na tym zakończyliśmy naszą objazdówkę po północnej części wyspy. Pozostał w nas niedosyt, bo Lanzarote oferuje o wiele więcej. Można by odwiedzić jeszcze ogród botaniczny Jardin di Cactus, zespół jaskiń Jameos del Agua, grotę Cueva de los Verdes, egzotyczny park Tropical de Guinate i wiele innych. Może następnym razem...
wtorek, 28 lutego 2017
Lanzarote - na południe: Park Narodowy Timanfaya, Los Hervideros, Salinas de Janubio, El Golfo, Charco de los Clicos
Słońce, plaża, relaks - można zapomnieć o Bożym świecie, leżąc pod parasolem, popijając drinka z parasolką. Szczególnie gdy w domu wietrzna i deszczowa jesień. Ale nie można być na Lanzarote i nie wyjechać poza kurort. Jest tu ktoś, kto spędził urlop na Lanzarote, nie opuszczając terenu hotelu??? Nie przyznawać się nawet proszę! :)
My na cały tydzień wypożyczyliśmy samochód. Przydał się on już w drodze z lotniska, a w pozostałe dni mieliśmy go pod ręką i korzystaliśmy, kiedy tylko mieliśmy ochotę. Organizowaliśmy sobie wypady po wyspie i dzięki temu możemy śmiało powiedzieć, że całkiem dobrze ją poznaliśmy. Choć na pewno nie tak dokładnie, jak byśmy chcieli, gdyż mimo skrupulatnie tworzonych przeze mnie planów, ostatecznie i tak weryfikowały je dzieci :)
Co więc na Lanzarote można porabiać?
Pierwsza wycieczka, jaką odbyliśmy, wiodła w południowe tereny wyspy.
Zaczęliśmy od Parku Narodowego Timanfaya.
Zrezygnowaliśmy z wjazdu bezpośrednio na teren parku, gdyż zwiedzanie polega na godzinnej rundce autobusem pośród wulkanów, a taka forma 'wypoczynku' średnio spodobałaby się naszym dzieciom. Pojeździliśmy więc po wulkanicznych terenach na własną rękę, zatrzymując się to tu to tam.Mijaliśmy przeróżne księżycowe krajobrazy, które z jednej strony są tak jałowe i martwe, a z drugiej tak dla nas egzotyczne, ekscytujące i niesamowite. Włóczyliśmy się pośród wulkanów, obiecując sobie, że wrócimy tu jeszcze we dwoje z plecakiem i w trekkingowych butach, by poznać wyspę dokładniej, by poczuć ją pod stopami.
Historia parku jest stosunkowo młoda. Pierwsze wybuchy, które ukształtowały dzisiejszy krajobraz tej części wyspy, miały miejsce w 1730 r. i trwały 6 lat. W tym czasie 25 wulkanów nieustannie zalewało wyspę rozżarzoną lawą. Ostatnie erupcje na tym terenie zanotowano w 1824 r. Park Narodowy Timanfaya ustanowiono w 1974 r.
Ilość wulkanów na tak niewielkim obszarze zaskakuje. Na Lanzarote prawie nie ma pagórków. Wszelkie wzniesienia, które widzimy to głównie wulkany. Na pierwszy rzut oka krajobraz wydaje się księżycowy, martwy, jednak podczas przejażdżki po terenie okazuje się, że lawa stworzyła przeróżne formy i kolory. Spośród czarnych skał wyłaniają się brązy, czerwienie, żółcie, a pośród nich zieleni się roślinność, która powoli się odradza. Ile kolorów lawy tyle jej postaci: od gładkiej powierzchni poprzez ostre skały aż po żużel i wreszcie drobny czarny piasek.
Będąc w rejonach Timanfaya warto zrobić sobie przerwę w miejscu, gdzie początek ma Ruta de los Camellos. Tu stacjonują karawany, którymi można wybrać się na przejażdżkę wśród pól lawy. My nie zamierzaliśmy dosiadać wielbłądów, ale sam spacer wśród tych zwierząt zrobił na nas, a szczególnie na dzieciach ogromne wrażenie.
W okolicy jest pewien 'must'. Jego nazwa to Los Hervideros. Już sama trasa wiodąca do punktu dostarcza nie lada wrażeń. Im bliżej celu tym ciekawiej. Droga wiedzie wzdłuż wybrzeża, które po tej stronie wyspy jest niesamowite. Przedstawia efekty walki rozgrzanej do czerwoności lawy z rześką wodą oceanu. Zastygnięte strumienie lawy wdzierają się w błękitne wody Atlantyku. Wygląda to jak żywa lekcja geologii.
Wystarczy odrobinę uruchomić wyobraźnię i można poczuć wulkaniczny pył w powietrzu. Jedyna różnica jest taka, że lawa już zastygnięta i zimna a nie płynna i gorąca.
Natomiast samo Los Hervideros to szlak poprzez przybrzeżne pole lawy, który odkrywa przeróżne zakamarki, jaskinie, punkty widokowe. Obfituje w imponujące widoki, pozwala na bliski kontakt z niepowtarzalnym klimatem wulkanicznej Lanzarote, bywa, że nieco orzeźwi, gdyż uderzające o skały fale wzbijają się na kilka metrów w górę i nie wiadomo skąd opadają niczym prysznic na zgrzanych turystów.
Trasa wiedzie tuż obok Salinas de Janubio - to warzelnia soli założona w 1895 r. i czynna do dziś. Proces pozyskiwania soli odbywa się poprzez jej odparowywanie. Kiedy przyjrzymy się warzelni, stojąc w punkcie widokowym tuż obok ulicy, w oddali zobaczymy szachownicę, a na białych kwadratowych poletkach stożki soli. Kiedyś pozyskiwano tu 10 tyś ton soli rocznie, dziś zaledwie 2 tyś.
Po drodze z pewnością miniemy miejscowość El Golfo. Warto zrobić sobie tu krótki przystanek i wybrać się na kilkuminutowy spacer nad Charco de los Clicos. Nie jest to jezioro, jak nazwa wskazuje, a zasilana wodą morską laguna. Natomiast zatoka, która mamy przed oczami to podmyty przez morze krater. Woda w jeziorze swój jaskrawo-zielony kolor zawdzięcza żyjącym w niej algom. Czerwień otaczających jeziorko skał nadaje kolorom jeszcze większy kontrast.
Charco de los Clicos było ostatnim punktem naszej wycieczki. Tu zjedliśmy lody i udaliśmy się w drogę powrotną. Na Lanzarote same przejazdy dostarczają wartościowych wrażeń. Widoki nie przestają ekscytować ani przez moment. Środkowa część wyspy zwana La Geria to zagłębie winiarskie, choć uprawy winorośli zupełnie nie przypominają tych znanych nam z włoskich pejzaży. Słabe i biedne krzewy winne walczą o przetrwanie na wulkanicznej skale, która wbrew pozorom nie jest taka kiepska do uprawy jak by się wydawało. Okazuje się, że gleba powulkaniczna dobrze wchłania wodę i niełatwo się jej pozbywa, co zapewnia intensywne nawilżenie. Krzewy winorośli otoczone są murkiem z kamieni wulkanicznych, który chroni je przed wiatrem - gdyż nie jest tajemnicą, że Wyspy Kanaryjskie, choć słoneczne są też dość wietrzne.
niedziela, 19 lutego 2017
Lanzarote
Wygląda na to, że zima się kończy. Czujecie wiosnę w powietrzu? Mimo że ja bardzo chciałabym ją poczuć, nie oszukujmy się, trochę to jeszcze potrwa... Ogrzejmy się więc przy promieniach kanaryjskiego słońca! Zapraszam, miejsca starczy dla wszystkich! :)
W listopadzie spędziliśmy tydzień na Lanzarote - jednej z siedmiu głównych wysp archipelagu Wysp Kanaryjskich. Lanzarote to wyspa wulkanów. O najmłodszej wulkanicznej przeszłości - ostatni wybuch miał tu miejsce w 1824 r.
Mieszkańcy Lanzarote długo uważali, że mieszkają na najbrzydszej wyspie archipelagu - wulkanicznej, pokrytej grubą warstwą lawy, jałowej i niepłodnej. Kiedyś tubylcy żyli z rolnictwa. Po fali wybuchów w XVIII w. żyzne ziemie wyspy zamieniły się w twardą skorupę, a większa część ludności została zmuszona do ucieczki.
Jednak turyści odwiedzający wyspę są zupełnie innego zdania. Lanzarote jest wyjątkowa. Zupełnie odmienna od reszty wysp archipelagu, ba, takiego krajobrazu na próżno szukać gdziekolwiek. Wyspa zrodziła się z ognia i wody przed milionami lat, a wybuchy, które zaczęły się 1 września 1730 r. przypomniały mieszkańcom tę potężną walkę żywiołów. Przez 6 lat 25 wulkanów nieprzerwanie toczyły lawę, zalewając żyzne pola i zmuszając ludność do ewakuacji. W 1974 r. miejscowy artysta i ekolog Cesar Manrique osiągnął swój cel - w wyniku jego starań zalany lawą teren został objęty ochroną. Powstał Park Nardowy Timanfaya.
Lanzarote zachwycała nas na każdym kroku. Podziwialiśmy jej jednolitą architekturę. Na wyspie bardzo intensywnie działa urbanistyka. Budynki mają mieć określony kształt, kolor, wysokość. Zakazuje się budowania wieżowców. Stąd krajobraz miejski nie koliduje z naturą, a idealnie z nią współgra.
Wyspa oferuje wspaniałe plaże. Są piaszczyste, złote, ale i wulkaniczne, kamieniste.
Charakter i specyfikę wyspy najlepiej obnaża odpływ, odkrywając oceaniczne dno, które nosi ślady historii, kiedy to rozgrzana lawa ścierała się z chłodnymi wodami Oceanu Atlantyckiego.
I wreszcie - wulkany. Będąc gdziekolwiek na wyspie, można być pewnym, że pozostanie się w towarzystwie wulkanów. Nie ma miejsca, z którego nie padałby widok na wulkaniczne wzgórza. Na Lanzarote każde wzniesienie okazuje się być wulkanem. Zapuszczając się wgłąb wyspy, krajobraz drastycznie się zmienia. Zastygnięta lawa przybiera wiele postaci - od skorupy poprzez głazy, żużel aż po żwir. Przejażdżka po Lanzarote jest niczym teleportacja w prehistoryczne czasy. Może tak wyglądał kiedyś cały świat...
Przez tydzień zdążyliśmy wypocząć, zapewnić dzieciom wiele rozrywki, naładować baterie, ale i wiele zobaczyć. Podróżując z dwójką maluchów, nie udało nam się pochłonąć klimatu wyspy tak, jak byśmy chcieli. Gdybyśmy byli we dwoje, z pewnością wybralibyśmy się na pieszą wędrówkę, rowerową przejażdżkę, aby być jeszcze bliżej specyficznej natury Lanzarote. Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze wrócić w te strony. A tymczasem musi nam wystarczyć to, co przeżyliśmy, a było tego trochę.
Tyle na początek. Dalszy ciąg niebawem :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
